Milicki Targ

Dziś wstaliśmy wcześniej i za moją namową pojechaliśmy na targ do oddalonego o 10 km Milicza. Z dzieciństwa zapamiętałam gwar, zapachy i wielobarwność. Znając tendencje tego świata do niszczenia takich miejsc byłam nastawiona na to, że targ z jaki pamiętam będzie się różnił od tego współczesnego. Myślałam, że będzie mniejszy, uboższy, że ludzie przestawili się już na biedronkę i nie będzie ich zbyt wielu. Jakie było moje zdziwienie kiedy nie mogliśmy znaleźć miejsca parkingowego.

Co tam galerie handlowe, wielkie molochy i supermarkety. Targ z prawdziwego zdarzenia, to jest to! Rolnicy sprzedający swoje plony.. małe, brzydkie, brudne marchewki o przeróżnych kształtach, wielkie dynie w kolorach jesieni. Pomarszczone małe śliwki, różnokolorowe papryki, pomidory wzelkich odmian. Moje ukochane ziemniaki prosto z wykopków. Zielone jaja (muszę sprawdzić co to za diabeł) i słoje z kiszonymi ogórkami.
Do obwoźnego rzeźnika zaprowadził nas nos. Wybraliśmy najprawdziwsze kabanosy z dzika i szynkę z listkiem laurowym prosto z wędzarni.
Atmosfera tego miejsca mnie urzeka. Ta prostota i prawda. Ludzie którzy własnoręcznie wykopali wczoraj warzywa, którzy karmią codziennie swoje kury są naprawdę dumni ze swoich produktów, znają ich prawdziwą wartość. Cieszą się kiedy mogą je sprzedać komuś kto je doceni.

Ja naprawdę się tym zachwycam.

Jestem dzieciakiem z pokolenia lat 90-tych które doceniało smak pomidora zerwanego prosto z krzaka.
Marchewki wyciągniętej prosto z ziemi i umytej w deszczówce nie zamieniłabym wtedy na żadne słodycze.
Piłam mleko prosto od krowy i zajadałam się białym serem dopiero co wyjętym ze ściereczki.
Dzięki temu, że rodzice wysyłali mnie na wieś, dzięki temu, że Babcia prowadziła cudowny ogródek wiem jak smakuje prawdziwe jedzenie.

Dla niektórych to tylko sentymenty, ale dla mnie to jedna z najważniejszych kwestii.
Smaczne jedzenie kojarzy mi się z miłością. Wartościowe, dobre produkty kojarzą mi się z prawdą.

Cieszę się, że znalazłam miejsce w którym będę zaopatrywać naszą rodzinę w żywność.
Po marnie (choć na pozór bogato) zaopatrzonych miejskich warzywniakach nadszedł w końcu czas na prawdziwe jedzenie :)